Ostatnio oglądałem program na TVN CNBC Biznes na temat: Czy czeka nas hiperinflacja?
Oczywiście panowie „ekonomiści” nie widzą tego typu zagrożenia. Co gorsza wcale nie mówili na temat hiperinflacji ani nawet nie kręcili się dość blisko tematu. Nie pamiętam nazwisk Tych panów „ekonomistów”, ale już na samym początku panowie popełnili taką gafę, która dyskwalifikuje ich, jako kompetentnych specjalistów. Po dłuższym szperaniu w Internecie okazało się, że ich nie kompetencja to nie jest przypadek a ogólnoświatowy „błąd intelektualny” opierający się na kłamstwie – świadomym i zamierzonym.
Chodzi mi oczywiście o to co to właściwie jest inflacja. No, bo jeśli mówimy o hiperinflacji to należało by zacząć od definicji słowa pierwotnego czyli inflacji.
Większość mojego wpisu oprę na dwóch tekstach:
[5]http://www.wprost.pl/ar/127173/Klamstwo-inflacyjne/?O=127173&pg=0
autorstwa Aleksandra Pińskiego i Jana Pińskiego z magazynu wprost (nr15/2008)
i
bardziej interesujący, z którego właściwie wynika ten pierwszy
(chyba panowie redaktorzy Wprost po prostu odwiedzają ten blog i skopiowali)
[1]http://dwagrosze.blogspot.com/2008/01/inflacja-deflacja-1.html
[2]http://dwagrosze.blogspot.com/2008/01/inflacja-deflacja-2.html
[3]http://dwagrosze.blogspot.com/2008/01/inflacja-deflacja-3.html
[4]http://dwagrosze.blogspot.com/2008/01/inflacja-deflacja-4.html
autorstwa @cynik9 z 8.01.2008
/czyli styczeń a numer 15 magazynu to kwiecień (kto był pierwszy?)/
Osobiście polecam /po przeczytaniu niniejszego wpisu/ dla jasność przekazu zapoznać się z tekstem na stronie dwa grosze. Pomimo ze w 4 częściach ale bardzo przystępnie napisane. W ogóle polecam czytać ten blog do którego link znajduje się po lewej.
A teraz przejdźmy do sedna.
Inflacja – to wzrost średniej ceny dóbr, odnoszący się do pewnego okresu. Potocznymi, acz błędnymi definicjami, są: spadek wartości pieniądza bądź wzrost ilości pieniądza na rynku. W praktyce inflacja na rynku konsumpcyjnym jest inna niż inflacja na rynku zaopatrzeniowym i nieco inaczej wpływa na kondycję gospodarki. Przeciwieństwem inflacji jest deflacja.
źródło Wikipedia
Jest to nonsens. A zobaczmy co dalej pisze według tej definicji w przyczynach infjacji
nadmierna emisja pieniędzy (możliwa tylko w systemie pieniądza dekretowego) nieproporcjonalna do wzrostu gospodarczego, prowadzona poprzez:
§ dodruk banknotów niemających pokrycia
§ oprocentowanie pieniędzy
§ działalność kredytową banków komercyjnych
Zastanawiające nie prawdaż. Jak zwykle chodzi o pojęcia. Jak mawiał Konfucjusz „ zmiane państwa należy zacząć od zmiany pojąć”
O wiele lepsza jest tutaj Encyklopedia PWN z roku 1991.
Czytamy:
Inflacja – proces ekonomiczny polegający na zwiększaniu ilości pieniądza w obiegu w stopniu większym od wzrostu masy towarowej; przejawia się we wzroście cen, spadku siły nabywczej pieniądza i w rezultacie spadku płac realnych.
(proszę sprawdzić czy w bardziej postępowym wydaniu nie przeinaczyli już tego terminu)
Jak widać definicja „postępowa” na wikipedii jest totalny odwróceniem stanu rzeczy. Według „postępowców” to wzrost cen to inflacja a zwiększenie podaży pieniądza to przyczyna. Otóż jest zupełnie na odwrót. KAŻDY WZROST PODAŻY PIENIĄDZA TO INFLACJA. Za to nie zawsze objawia się ona w cenech towarów. Bo niektóre tanieją a niektóre drożeją. I tutaj najlepsza zabawa J
Mając monopol na generowanie pieniądza z powietrza banki centralne i ich banki członkowskie korzystają z niego pełną parą. Całkowita “money and credit” wzrasta cały czas, obecnie wynosząc wszędzie w rejonie 16-20% rocznie, przy wzroście GDP w okolicach 2-5%. Jak więc jest możliwe aby oficjalna inflacja była z rzędu pojedyńczych procent i mogła być stale “niska”? Proste - inny przekręt!
Jest to możliwe dzięki kilku rzeczom. Po pierwsze nie cały wzrost “money and credit” musi od razu iść w ceny mleka czy chleba. W zależności od wielu czynników prowadzonej polityki większość z tego pojawia się przede wszystkim w cenach rozmaitych aktywów, wzrost cen których czasem przekształca się w “bańkę”. Teraz zaczyna więc być jasne skąd się biorą hossy na NASDAQ, WIGu, czy też w nieruchomościach, zwłaszcza w sytuacjach gdy czynniki fundamentalne raczej by za nimi nie przemawiały. Na pewno nie na podstawie samego wzrostu zarobków... Jest na to nawet eleganckie określenie - “asset inflation”. Niestety, nie tak popularne jak na to zasługuje. Podważa bowiem mit w który tak chętnie chcemy wierzyć – że jesteśmy “bogatsi” bo mieszkania się zdublowały w cenie w ciągu kilku lat! Gdyby tak było – powtórzmy bez znieczulenia – Zimbabwe byłoby Szwajcarią.[2]
Do mierzenia inflacji służy CPI czyli consumer price index i PPI czyli producer price index. Jest to oczywiście takie mierzenie jakbyśmy mierzyli temperature otoczenia liczba machniec skrzydeł muchy. Jest to kąpletna bzdura i słuzy zaciemnieniu sytuacji. Jedyny wskaniźnik, niestety też chrzczony to wskaźnik M3 Podazy pieniądza. Bo jakby nie patrzec to zmiana podaż pieniadza to własnie inflacja.
http://www.inwestycje.pl/polska/wskazniki - tutaj można zobaczyc ile w tej chwili wynosi wskaźnik M3 (9,2%) wydaje się być i tak zaniżony. Oczywiście nie ma mowy aby liczony wedle CPI i PPI wskaźnik inflacji był prawidłowy.
Faktem jest że tak naprawdę Modalskiemu na ulicy jakiś wskaźnik M3 czy M33 jednakowo zwisa i powiewa. Z chlebem jest trochę trudniej ale też jak mu podskoczy o 20 gr to raczej ujdzie uwadze, byleby nie za często. A benzyna to cóż, siła wyższa. Modalski wie oczywiście z TV i gazet że to robota OPEC, na którą M3 i banki centralne nie mają żadnego wpływu... Aby go jednak dodatkowo uodpornić i nie denerwować niepokojącymi wieściami ze składu inflacyjnego koszyka dla pewności usuwa się kluczowe komponenty rosnących cen. Raz są nimi dublujące się w cenie nieruchomości, bo do koszyka wchodzą akurat stojące w miejscu czynsze. Innym razem eliminuje się energię czy żywność, bo ich ceny są zbyt “wolatylne”. (które to stwierdzenie samo w sobie jest curiosum a jak często jest powtarzane?). Słowem, wyrzuć rzeczy rosnące w cenie i – voila – nie ma inflacji. Coś trochę jak w tym żarcie o radzieckim uczonym co to wyrywał musze nogi, jedna po drugiej, komenderując aby nadal chodziła. W końcu konkluduje: po wyrwaniu ostatniej nogi mucha traci słuch...[2]
Chciałbym tylko przypomniec że pisałem już na temat inflacji tutaj.
http://kurekdawid.blog.onet.pl/Rozwiazanie-zagadki,2,ID348155748,n
Podsumowując inflacja to najbardziej przebiegły podatek jaki nałożony został przez mafie banki – rząd na wszystkich tych którzy otrzymuja pieniądze ”fałszywe”. A właściwe 99% pieniędzy w obiegu to czysty absurd stworzony zupełnie z niczego. Który nie powinien istnieć.
[Podobnie jak złoto, dolary mają wartość tylko wtedy gdy ich ilość jest ściśle ograniczona. Ale rząd USA posiada technologię, zwaną prasą drukarską (a dzisiaj, jej elektroniczny odpowiednik), która pozwala mu wyprodukować tyle dolarów ile tylko chce, w zasadzie przy zerowym koszcie. Poprzez zwiększenie liczby dolarów w obiegu, lub nawet poprzez wiarygodne grożenie tym, rząd USA jest również w stanie obniżyć wartość dolara w stosunku do dóbr i usług, co jest równoważne wzrostowi cen w dolarach za te dobra i usługi. Naszą konkluzją zatem jest że, w systemie papierowego pieniądza, zdeterminowany rząd zawsze jest stanie urzeczywistnić wyższe wydatki, a co za tym idzie dodatnią inflację.]
Ben Bernanke, Deflation: Making Sure "It" Doesn't Happen Here, 2002
To tyle odnośnie samej definicji. Co do skutków w innym wpisie.
Na koniec jeszcze taki filmik odnośnie samego początku mojego wpisu. Ja dziwie się że „ekonomiści” w Polsce mają mylne pojęcie o inflacjia a tu proszę. JIM ROGERS na szczeście szybko wyjaśnił panu „ekonomiście„ co znaczy inflacja J
Filmik po angielsku

0 komentarze:
Post a Comment