Wednesday, February 11, 2009

Polish bankers greed has no limit by Marek Łangalis

Pozwole sobie wrzusic tutaj tekst z tygodnika nasz czas. Nie jest on co prawda dostepny online (niektóre artykułu z tego dziennika sa umieszczane online) - ale ja mam prenumerate wiec mam dostep do wszystkich. Mam nadzieje ze radakcja ani pan Marek sie nie obrazi.

Pasuje on bardzo do mojego poprzedniego wpisu dlatego zdecydowałem sie go tu umieścić.

W czasie tzw. kryzysu fi nansowego
banki na świecie
sięgnęły do kieszeni podatników
po biliony dolarów
w celu ratowania całego
systemu opartego na kreacji
wirtualnego pieniądza. Polscy
bankierzy trochę nie dostrzegli
znakomitej sytuacji i
dosyć dużego przyzwolenia
społecznego na przekazywanie
owoców pracy zwykłych
ludzi na zagraniczne
wycieczki i milionowe premie
dla zarządów kolejnych
banków. Szybko jednak
próbują nadrobić straconą
szansę na łatwy zysk.
Przypomnijmy, że w obliczu kryzysu
w USA przekazano na pomoc
dla banków sumę 700 miliardów
dolarów wyciągniętą z kieszeni
podatników. Początkowo w całej Unii Europejskiej
widać było ogromną satysfakcję
i radość z faktu, że Amerykanie mają
problemy ze swoją gospodarką. Po kilku
dniach jednak Europa, prawdopodobnie
w wyniku szantażu ze strony bankierów,
szybko zaczęła się spotykać, by podyskutować
o kryzysie i by w końcu wysupłać
od swoich obywateli sumę ok. 1,4 biliona
euro na pomoc dla tychże banków. Największy
udział w tej sumie (ok. 500 miliardów
euro, a więc więcej niż cały PKB
Polski) mieli Niemcy.
Deutsche Bank
a „uczciwy” bankier
Warto wspomnieć o tym, że nie wszystkie
niemieckie banki chciały tej pomocy.
Prezes Deutsche Banku, Josef Ackermann,
stwierdził, że jego bank nie potrzebuje
pomocy i że wstydem byłoby dla niego,
gdyby DB tę pomoc od państwa przyjął.
Po tej wypowiedzi wydawało się, że są
jeszcze uczciwi bankierzy na tym świecie.
Nic bardziej mylnego. Jednym z punktów
planu pomocy dla niemieckich banków
(podobno wpisanym na prośbę samej kanclerz
Merkel) był punkt mówiący o tym, że
bank przyjmujący pomoc od państwa ograniczy
zarobki członków swojego zarządu
do sumy 500 tysięcy euro rocznie. Fakt, że
pan Ackermann zarabiał 14 milionów euro,
miał z pewnością duży wpływ na to, że nie
chciał pomocy państwowej. I z punktu widzenia
zarządzania bankiem popełnił błąd,
bo przecież bank powinien kierować się interesem
swoich akcjonariuszy, a nie interesem
swojego zarządu, dlatego też postawa
Ackermanna nie miała wiele wspólnego z
moralnością bankiera, a jedynie z prywatnym
interesem prezesa (oczywiście pan
Ackermann nie jest właścicielem Deutsche
Banku, a jedynie urzędnikiem wynajętym
do zarządzania tymże bankiem). I warto na
koniec tej dygresji napisać, że w 2008 roku
DB zanotował po raz pierwszy w historii
stratę w wysokości 3,9 miliarda euro. Toteż
często przytaczany przykład prezesa DB
jako uczciwego bankiera nijak ma się do
rzeczywistości.
Banki w Polsce
mają się dobrze
Początkowo w
Polsce, podobnie
jak innych
krajach UE,
władza prężyła
muskuły i
przekonywała
ludność, że
kryzys nam nie
straszny i może
sobie panować wszędzie na świecie, ale u
nas akurat nie. Taki był polski pomysł na
kryzys jeszcze dwa-trzy miesiące temu.
Premier do spółki z ministrem fi nansów
na wyścigi próbowali mówić, że system
fi nansowy ma się dobrze i że naszym bankom
kryzys nie straszny. I właściwie to…
mieli rację. Polskie banki mają się dobrze
jak nigdy. Po opublikowaniu zbiorczych
wyników za pierwsze trzy kwartały 2008
roku okazało się, że będzie to najlepszy
rok w historii polskiej bankowości – i to
pomimo szalejącego wszędzie na świecie
załamania w tej gałęzi gospodarki.
Zysk brutto dla całej branży wyniósł w
pierwszych trzech kwartałach 2008 roku
15,594 mld złotych i był większy o 19%
niż w tym samym okresie poprzedniego
roku. Banki zanotowały wzrost praktycznie
w każdej spośród swoich dziedzin
działalności (na wymianie walut zarobiły
nawet o 63,8% więcej niż w 2007 r.). Czy
w związku z tym można w jakikolwiek
sposób usprawiedliwić ewentualną pomoc
z pieniędzy podatników? Zdecydowanie
nie. Premier o tym doskonale wie
i za nic w świecie nie zaryzykuje pomocy
dla bankierów. Udzielenie jakiejkolwiek
wymiernej fi nansowej pomocy skończyłoby
się ogromną wpadką wizerunkową,
a na to premier, myśląc o prezydenturze,
pozwolić sobie nie może.
Rewelacyjne wyniki polskich banków
stały się jednocześnie doskonałym magnesem
dla ich właścicieli, czyli w większości
międzynarodowych instytucji fi nansowych.
Pojawiały się spekulacje prasowe
o tym, że polskie banki miały służyć jako
kasy pożyczkowo-zapomogowe dla swoich
central. Szczególnie padały tu nazwy
dwóch banków (jeden z siedzibą w Holandii,
a drugi we Włoszech). Właściwie
to jeżeli wyprzedało się praktycznie cały
sektor bankowy zagranicznym instytucjom,
a to, co zostało w polskich rękach,
przekazano odpowiednim służbom – politycy
nie powinni mieć pretensji do polskich
bankierów, że wykonują polecenia
swoich przełożonych, i należałoby przyzwyczaić
się do tego typu sytuacji.
Jak nie kasa, to przepisy
Skoro bankierzy spostrzegli się, że nie
uda im się wyciągnąć od polskiego obywatela
(rękami rządowymi) żadnych pieniędzy,
to przystąpili do kontrnatarcia.
Przez cały styczeń w mediach pojawiały
się informacje o tym, że polskie banki nie
chcą udzielać kredytów i że to zmowa, by
wymóc na rządzie i Narodowym Banku
Polskim jakąś pomoc. Nawet Konfederacja
Pracodawców Polskich wystosowała list
do Donalda Tuska i szefa Komisji Nadzoru
Finansowego, Stanisława Kluzy, w którym
wprost prosi o zbadanie powodów zaprzestania
akcji kredytowej. Według niektórych
dobrze poinformowanych dziennikarzy gospodarczych,
banki chcą zastosować pewnego
rodzaju szantaż – albo coś dla nas
uchwalicie, albo przestaniemy kredytować
gospodarkę. Pierwszy postulat, jakim było
zwiększenie gwarancji Bankowego Funduszu
Gwarancyjnego dla lokat do sumy 50
tysięcy euro, przeszedł bez żadnego sprzeciwu.
Jest to nic innego jak państwowe
gwarancje dla prywatnych banków – zapowiedź,
że w wypadku niewykonania usługi
(przechowywania pieniędzy na procent)
przez ten prywatny bank na rzecz jego
klientów państwo, sięgając do pieniędzy
podatników, weźmie na siebie gwarancję
wykonania takiej usługi. Moralny aspekt
takich gwarancji jest przerażający, ale ważne
że bankierzy mogą spać spokojnie, bo
bez tego ludność gotowa byłaby jeszcze
wycofać swoje pieniądze.
Po ugraniu pierwszego celu, bankierzy
przystąpili do kolejnego ataku – tym razem
chodzi o obniżenie rezerw obowiązkowych.
System rezerw obowiązkowych
został ustanowiony po to, by ograniczać
kreację (czyli podaż) pieniądza przez
banki komercyjne. Wskaźnik rezerw
obowiązkowych to procent od depozytów
klienta, który banki komercyjne są
zmuszone utrzymywać na nie oprocentowanym
koncie Narodowego Banku
Polskiego. Obniżenie tego wskaźnika
jednoznacznie pozwoli bankom na zwiększenie
akcji kredytowych, bez zwiększania
depozytów. Obecnie w Polsce ów
wskaźnik wynosi 3,5%. Oznacza to, że
od każdego zdeponowanego przez klienta
tysiąca złotych bank musi odłożyć 35
złotych na koncie NBP, a pozostałe 965
złotych może przeznaczyć na akcję kredytową.
Wbrew pozorom, wskaźnik rezerw
obowiązkowych jest bardzo niebezpiecznym
narzędziem w ręku bankierów,
dlatego że jest to jedyne dla nich ograniczenie
w kreowaniu pustego pieniądza.
Przyjmuje się, że cały system bankowy
kreuje pieniądze wg wzoru: wysokość
depozytów / wskaźnik rezerw. I tak dla
wskaźnika rezerw na poziomie 3,5% polski
system bankowy mógł wykreować
z każdego zdeponowanego tysiąca złotych
sumę 28.570 złotych (1000/0,035).
W przypadku gdyby wskaźnik ten został
obniżony do 2%, z każdego zdeponowanego
tysiąca złotych wykreowane
zostałoby 50 tysięcy. Pomysł ten bardzo
spodobał się bankierom, a jego skutki
mogą być o wiele groźniejsze dla
polskiej gospodarki niż nawet fi zyczne
przekazanie 10 miliardów złotych
z kieszeni podatnika bankierom (bo o
taką sumę zdeponowaną przez banki komercyjne
na koncie NBP toczy się gra).
W krótkim okresie może to doprowadzić
do dużego zwiększenia podaży pieniądza,
a także osłabienia złotówki. Na
taki pomysł bankierów szef klubu parlamentarnego
Platformy Obywatelskiej,
Zbigniew Chlebowski, w rozmowie z
„Gazetą Wyborczą” powiedział: „Będę
osobiście zabiegał, aby obniżyć bankom
rezerwy obowiązkowe płacone na rzecz
NBP do 2 procent. To da bankom kolejne
10 mld zł na kredyty”. Na szczęście (o
czym pan Chlebowski chyba zapomniał)
ustalanie wysokości wskaźnika rezerw
obowiązkowych należy do Rady Polity
ki Pieniężnej i należy mieć nadzieję, że
ewentualne decyzje będą głęboko przemyślane.
Banki nie pożyczają?
Najśmieszniejsza jednak w opisanej powyżej
walce polskich bankierów o zmianę niekorzystnych
dla siebie przepisów jest sama
przesłanka – czyli szantaż banków poprzez
zablokowanie akcji kredytowej. Podstawowe
pytanie brzmi: po co banki miałyby
przestać udzielać kredytów i pozbawiać się
głównego źródła zysków? Z punktu widzenia
ich wyników fi nansowych jest to całkowicie
absurdalne. Można się zgodzić, że
nie zawsze bankierzy podejmują racjonalne
dla banków decyzje (jak choćby wspomniany
już prezes Deutsche Banku, Josef
Ackermann), ale są to raczej wydarzenia
jednostkowe. Poza tym przeprowadzenie
wstrzymania akcji kredytowej jest niezwykle
skomplikowane i trudno oczekiwać, że
kilkadziesiąt głównych banków potrafi łoby
przeprowadzić taką zsynchronizowaną grę
(aczkolwiek wszystko jest możliwe). Dlatego
też, zamiast przyjmować na wiarę (prawdopodobnie
na podstawie wypowiedzi kilku
przedsiębiorców, którym nie udzielono
kredytów), że banki przestały pożyczać
pieniądze, wystarczy zajrzeć do raportu
NBP na ten temat. A tam czarno na białym
napisane jest, że w grudniu 2008 r. polskie
banki w swoich aktywach miały zapisane
pod postacią udzielonych kredytów sumę
724 miliardów złotych, wobec 660 miliardów
we wrześniu tegoż roku. W związku
z tym zasadne powinno być nie pytanie,
dlaczego banki nie pożyczają pieniędzy,
tylko dlaczego mówią, że nie pożyczają, a
faktycznie pożyczają. Szczegółowe dane o
udzielonych kredytach na wykresie.
Faktem jest, że banki nie pożyczają pieniędzy
sobie nawzajem (spadek w grudniu
o 15 miliardów zł w stosunku do października),
ale na pewno nie zaprzestały akcji
kredytowania polskich fi rm i obywateli. W
związku z tym, że banki ciągle udzielają
kredytów, właściwie cała akcja związana
z medialnymi doniesieniami ma związek
z walką o obniżenie rezerw obowiązkowych,
który to mechanizm niemalże
całkowicie już doprowadzi do osłabienia
złotego (w wyniku pojawienia się większej
ilości złotego spadnie po prostu jego
cena). Zapewne działy public relations
polskich banków przygotowały doskonałą
akcję informacyjną i jeżeli faktycznie
Rada Polityki Pieniężnej obniży wskaźnik
rezerw obowiązkowych, to wykonały
swoją pracę wzorowo (jej efektem jest
choćby fakt, że szef największego klubu
parlamentarnego dał się na to nabrać).
MAREK ŁANGALIS
PS. sorki za forme ale nie wiem jak szybko poprawic zeby nie zawijało... moze ktos pomoze ?

0 komentarze: